Szaleństwo w Disneyland to była kropla, która przelała czarę zmęczenia. Tylko siła woli zmusza nas do wstania na śniadanie. Ja przez katar bardzo źle spalam w nocy i razem z N zasypiam natychmiast w samochodzie. Dobrze, że droga do San Diego jak na tutejsze warunki jest krótka (2 godziny) bo boję się, że nasz dzielny rycerz P by nas nie zdołał tu przywieźć.
Miła Pani w recepcji hotelu informuje nas, że mamy pokój z widokiem na basen. Na efekty nie trzeba długo czekać. Z silnym wsparciem N pierwsze godziny spędzamy na hotelowym basenie gaworząc z współtowarzyszami kąpieli.
To nie zostawia nam zbyt wiele czasu na zwiedzanie. Po smacznej meksykańskiej obiadokolacji w Cafe Coyote idziemy na krótki spacer po starym mieście San Diego. Nie jest to San Francisco ze swoim europejsko-azjatyckim charakterem, ale wśród innych poznanych przez nas dużych miast zachodniego wybrzeża to podoba nam się najbardziej. Może nawet nie trzeba by tu cały czas korzystać z samochodu?
niedziela, 2 października 2016
San Diego, na progu Meksyku (30.09.2016)
sobota, 1 października 2016
Bujając w obłokach (28.09.2016)
Ranek w Monterey wita nas chłodem i mgłą, w której widać najwyżej na kilka metrów przed sobą. Dochodzimy do wniosku, że to całkowicie przeczy idei rejsu w poszukiwaniu wielorybów, w związku z czym ruszamy w dalszą drogę na południe. Trasę wyznaczyliśmy przez widokową trasę nr 1 wiodącą głównie przez klify na brzegu Pacyfiku. Jesteśmy przekonani że pogoda bardziej na południe będzie lepsza.
Ewidentnie, jak w grze Silent Hill, Kalifornii zabrakło sił obliczeniowych na stworzenie linii brzegowej. Okazuje się że mamy do czynienia nie z mgłą, ale z ogromną chmurą która zatrzymała się dokładnie na złączeniu lądu i morza. Na dodatek ciągnie się aż po horyzont. Po małych przebłyskach skał widać że widoki mogłyby być naprawdę wspaniałe... cóż, pozostaje nam wyobraźnia, tym bardziej że z drogi nr 1 nie jesteśmy w stanie przez dłuższy czas skręcić na autostradę.
Niestety w związku z tegoroczną suszą prawie wszystkie parki w okolicy są zamknięte. Pojedyncze otwarte - jak ten przy Mcway Falls - toną w chmurach. Piwo dla tego, kto na poniższych zdjęciach znajdzie wodospad.☺
Na szczęście plaża znana jako dom słoni morskich jest doskonale widoczna.
Dojeżdżamy do urokliwego San Luis Obispo, gdzie w Mo's Smokehouse BBQ jemy wyjątkowo dobre żeberka. Niestety stamtąd znów mamy trochę pod górkę, bo na autostradzie były dwa wypadki i wszystko stoi. Kiedy wreszcie prawie o 2300 trafiamy do naszego hotelu, jesteśmy ledwo żywi.
wtorek, 27 września 2016
Ach te przeciwności losu... (27.09.2016)
próbujemy papadas z serem i szpinakiem i oczywiście nieśmiertelne frytki dla N (sic!).
San Francisco moja miłość (26.09.2016)
San Francisco i Golden Gate - widok z Alcatraz.




































































